O szkole słów kilka okiem drugiej strony

Ciągle mówimy o wychowaniu dzieci i młodzieży. O licznych problemach z tym związanych. Nagłaśniamy afery w szkołach , a czasem robimy bohaterów z uczniów, którzy sprawiają ciągłe problemy wychowawcze – pokazywanie ich w telewizji powoduje, że na drugi dzień, zamiast spokornieć przychodzą do szkoły jeszcze „ważniejsi”. Niestety, zdają sobie sprawę ze swojej bezkarności, z tego że nikt nie może im nic zrobić. A szczególnie szkoła! Bo czy wpisanie uwagi do dziennika, lub obniżenie zachowania jest dla nich karą?!

szkola

Dlaczego tak jest? Powodów pewnie jest wiele. Jak stwierdził kiedyś jeden z profesorów wykładających na wydziale pedagogiki i psychologii: to wszystko jest efektem bezstresowego wychowania – nie karać, nie krzyczeć, ułatwiać dzieciństwo jak to tylko możliwe, żeby dziecko się nie denerwowało, bo to mu szkodzi! Więc dzieci się nie stresują. A dorośli mają coraz więcej problemów.

Od najdawniejszych czasów wiemy, że za zło się karze, a za dobro wynagradza – oczywiście kara musi być współmierna do czynu. Czy zwykły klaps zrobił komuś krzywdę?! Ale jesteśmy tylko ludźmi i przyzwolenie na  klapsa, często kończyło by się ciężkimi obrażeniami. Jednak trzeba znaleźć sposób na karanie dzieci, które ma być rozliczeniem ich złych czynów – nie możemy się tego bać.

Dzieci nie maja autorytetów! Rodzice nie mają dla nich czasu, bo są zapracowani i  przemęczeni, a często niedorośli do wychowywania dzieci, bo sami jeszcze nie wydorośleli. Posiadanie dziecka to wielka odpowiedzialność. Dziecko to nie zabawka, którą można porzucić jak się znudzi. Dzieckiem trzeba się opiekować ciągle. Znam przypadki, gdzie rodzic dowiedział się w grudniu, o tym , że jego „pociecha” nie uzyskała promocji do kolejnej klasy. Niektórzy twierdzą, że trzeba by najpierw wychować rodziców, ale na to często jest już za późno. Wręcz oburzają się kiedy coś im się sugeruje lub zwraca na coś uwagę. Zdarza się, że rodzice proszą o pomoc w wychowaniu szkołę. Na ile jest to możliwe szkoła pomaga. Ale jakie możliwości ma szkoła, a jakie rodzic?! Kiedyś jak uczeń dostał „ klapsa” w szkole, to jak się przyznał w domu dostał jeszcze raz od rodziców. Dzisiaj, jak nauczyciel powie „coś” złego uczniowi, to rodzic bardzo szybko jest w szkole z awanturą. A czasem nawet twierdzi , że to nie jego obowiązek wychowywać dzieci – tylko szkoły !

Dokąd my zmierzamy z tym wychowaniem?! „Za niedługo będziemy mieć drugą Amerykę – dzieci w ramach rozrywki będą strzelać do siebie w szkole” .

Kto jest za to odpowiedzialny? Pewnie też Państwo. Ustawodawca. Ci którzy wymyśli reformę oświaty. Celem wprowadzenia gimnazjów, było m.in. wydłużenie o rok czasu na podjęcie decyzji, do jakiej szkoły pójść. Tymczasem skrócili im dzieciństwo o dwa lata. Bo po podstawówce wydaje im się, że już są dorośli. A przecież to nadal te same dzieci. Które idąc do szkoły palą papierosy (w szkole też). W momencie w którym tworzono gimnazja, trzeba było pomyśleć o pewnej alternatywie dla tych szkół. Bo nie każdy musi mieć maturę i iść na studia. Znam ludzi, którzy skończyli Szkoły Powszechno – Zawodowe i dzisiaj żyje im się bardzo dobrze. Może dlatego , że nikt nie zmuszał ich w szkole do nauki rzeczy, których nie rozumieli i na nic im w życiu nie były potrzebne. Nauczyli się zawodu i są bardzo dobrymi fachowcami.

Jeśli teraz nie zareagujemy, to jakie pokolenie wychowamy? Ludzi bez zasad, autorytetów, wzorów … Już teraz lekceważą dorosłych w każdy możliwy sposób – od tego, że mówią „dzień dobry”(jeżeli w ogóle ich na to stać)  z rękami w kieszeni, poprzez nieustąpienie miejsca do wyśmiewania się z tych dorosłych przy każdej możliwej okazji. Więc może kiedyś – mając coś do powiedzenia – stwierdzą, że tak właściwie dorośli nie są im potrzebni…

Niektórzy posłowie twierdzą, że tak właściwie to nie ma żadnych problemów.  Podpierają się badaniami przeprowadzonymi w szkołach. Absurd! Prawda jest taka, że gimnazja są najtrudniejszymi szkołami. A można sobie z tym poradzić. Powołuje się jakiś „Instytut wychowania”. Gdzie i kiedy będą efekty jego pracy?! I ile to kosztuje?! Ponoć około 10 mln. Przecież wystarczy skorzystać z rad samych nauczycieli, obecnie pracujących w szkołach, niech sami zaproponują rozwiązanie problemu, bo pewnie mają masę pomysłów: jak można sobie radzić z trudną młodzieżą. Bo przecież wiadomo, że problemy stwarza tylko część młodzieży, ale ma ona bardzo zły wpływ na resztę. Bo łatwiej jest nic nie robić i się nie męczyć – a przecież też się żyje. Najgorsze jest to, że te dobre, mądre i poukładane dzieci coraz częściej biorą przykład właśnie z tych „leniwych” – bo tak jest łatwiej. Podziwiać należy te dzieci i młodzież, które są w stanie zrobić coś więcej. Nie ulegać tendencji spadkowej ogółu, tylko kroczyć zdecydowanie swoją drogą. Ale jest ich coraz mniej.

Nauczyciele maja coraz mniej możliwości, argumentów do zachęcenia dzieci do nauki. Jeśli nie mają w sobie pewnej charyzmy, siły wewnętrznej, to nawet jeżeli merytorycznie są bardzo dobrze przygotowani do przekazywania wiedzy, będą mieli  olbrzymie problemy w swojej pracy. Bardzo często , szczególnie młodzi nauczyciele nie mają pomysłu na utrzymanie dyscypliny na lekcjach. Więc jak tu uczyć?!

Olbrzymim problemem są dzisiaj także lekcje religii, które moim zdaniem, wypaczają młodzieży obraz samego Kościoła . Bo skoro na katechezie  jest kabaret, to sam Kościół tez przestaje być dla nich poważny.

gimnazjum

Niestety dzieci coraz bardziej zatracają idee chrześcijańskie jak i etyczne . Bo skoro dziecko uderza nożem drugie dziecko tylko po to żeby zobaczyć jak to jest jak ktoś ginie, to łamie zarówno przykazanie chrześcijańskie „ Nie zabijaj”, ale także podstawowe normy etyczne , które są podstawą współistnienia ludzi.

Więc dokąd zmierzamy z tym wychowaniem?!

Już w XVIII w., nieliczne światłe umysły tamtych czasów, zdające sobie sprawę z bardzo trudnej sytuacji w jakiej znalazła się Rzeczpospolita, rozumiały, że aby naprawić państwo, trzeba przede wszystkim odpowiednio wychować  młode pokolenie .Wyczulić ich na dobro ogółu, a nie na prywatu. W dzisiejszym świecie pełnym afer, korupcji, przekrętów powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na wychowanie, aby młodzi ludzie byli świadomi siebie, świadomi własnego istnienia. Aby zło było dla nich złem, a dobro dobrem.

Można się zastanowić czy w ogóle komuś zależy na przyszłości dzieci i młodzieży. Aby coś zmienić i poprawić potrzeba dłuższego czasu a nie jednej kadencji parlamentu. Efekty takiej pracy mogą być widoczne dopiero w następnej kadencji sejmu, więc obecnej kadencji nie do końca musi na tym zależeć. A poza tym pewnie konserwatyści stwierdzą, że coś jest zbyt liberalne, a liberałowie, że coś jest zbyt konserwatywne. I znów prace zatrzymają się w martwym punkcie – a koszta rosną…

Nie czekajmy dłużej tylko zacznijmy działać jak najszybciej! Przecież nie jest chyba problemem stworzenie np. portalu internetowego na który nauczyciele będą przysyłać swoje propozycje naprawy szkoły. Nauczyciele to Ci którzy czują ten problem najlepiej. Więc mają swoje metody, którymi wręcz powinni się podzielić. W wielu przedsiębiorstwach nagradza się pracowników za wprowadzenie innowacji ułatwiających pracę. Dlaczego więc nie zrobić tego w szkole?! Każdy nauczyciel, którego pomysł zostanie wykorzystany, otrzyma nagrodę – pewnie będzie to wiele tańsze niż koszta związane z funkcjonowaniem instytutu. Oczywiście ktoś te wszystkie pomysły musi przejrzeć i opracować: pracownicy MEN wraz z nauczycielami najlepszych propozycji.

Powinno się także stworzyć gimnazja uzawodowione, w których przygotowywano by dzieci i młodzież do nauki zawodu. Ograniczy się w tych szkołach naukę podstawowych teoretycznych przedmiotów, a położy większy nacisk na umiejętności praktyczne. Przez pierwsze dwa lata uczniowie poznawali by podstawy wszystkich specjalności i zawodów od kucharza, cukiernika, piekarza przez krawca, stolarza, szewca, tokarza, murarza, do mechanika, elektryka itd. . W klasie trzeciej natomiast powinni by się określić na jakąś konkretną grupę zawodową. Po zakończeniu takiego gimnazjum mieliby już rzetelne podstawy do nauki zawodu w szkole zasadniczej. Później dwuletnia szkoła zawodowa i mielibyśmy bardzo dobrze wykwalifikowanych fachowców. A tych fachowców powoli zacznie brakować, bo dzisiaj wszystkim sugeruje się ukończenie studiów. Oczywiście nikomu nie zamyka się drogi do zdobywanie wiedzy i kształcenia się. Jeśli tylko ktoś ma ochotę może kształcić się nadal! Ale o co chodzi?!  O to, że dzieci będą się uczyć tego, co nie będzie im sprawiało trudności. Więc nie będą się nudzić na lekcjach, przeszkadzać czy sprawiać licznych problemów wychowawczych. Będą się uczyć tego co może nawet sprawi im satysfakcje i zadowolenie z własnej wykonanej pracy. Może zamiast iść pod „budkę z piwem” pójdą np. do warsztatu nad czymś popracować.

Zdaję sobie sprawę z tego, że za chwilę znajdą się tacy, którzy nie zgodzą się na podział uczniów, bo będą się tłumaczyć, że jest to odbieranie równych szans na starcie. Wiec proszę spytać samych zainteresowanych co oni o tym sądzą. No i drugi problem: pieniądze. Stworzenie takich szkół pewnie będzie kosztowało. Ale można tutaj wykorzystać już istniejące szkoły zawodowe, które obecnie się zamyka. A z drugiej strony jeżeli teraz nie poniesiemy pewnych kosztów, to za jakiś czas koszta, nie tylko finansowe mogą przerosnąć nasze wyobrażenie.  Myślę, że przy takim podziale chęć zdobywania wiedzy w pozostałych gimnazjach rosła by automatycznie, a liczba problemów wychowawczych bardzo by spadła.school

Oczywiście rozumiem, że jeden pomysł nie naprawi sytuacji, ale jest to tylko jedna z możliwości. A takich sugestii pewnie sami nauczyciele mają bardzo dużo. Więc nie traćmy więcej czasu, tylko zacznijmy działać już! I skupmy się najbardziej na naszych dzieciach i młodzieży, bo to przecież przede wszystkim o nich chodzi…

Autorem materiału jest Artur Maligłówka. Artykuł pisany w roku 2006 roku, ale nie stracił wiele na aktualności. Panu Maligłówce – radnemu powiatu tarnogórskiego dziękuje za pozwolenie na przedruk. Pozwoliłem sobie jedynie na drobne poprawki w formatowaniu tekstu. Grafika również wstawiona przeze mnie.

Szkoła dla dorosłych

Dzisiaj luźno. Luźno o szkołach dla dorosłych. Takich jak ta na obrazku. Szkoła, “jak z obrazka”, prawda?

Szkoła dla dorosłych
Niektórych taka “szkoła dla dorosłych” wprawia w śmiech. Cóż. Szczerze mówiąc – mnie też, ale tylko trochę. Kojarzy mi się to trochę z wizytacją rodziców na lekcjach otwartych. Warto jednak wykazać się odrobiną empatii i zdać sobie sprawę, że życie pisze różne scenariusze.
Notabene, patrząc na młodzież kończącą szkoły uważam, że z 50 % powinno się wcześniej czy później wrócić do niej, bo… nic się nie nauczyli. A nic się nie nauczyli, bo 50 % ich rodziców też niczego się nie nauczyło. Z rodzicami rodziców jest jeszcze gorzej, bo oni mieli problemy. Z polityką, z komuną, z dojazdem, z wojną… Dzisiejszy stan rzeczy to jest więc wina szkoły, czy ludzi?

Szkoła taka, takie liceum ogólnokształcące dla dorosłych z tego co wiem funkcjonuje, a raczej stara się funkcjonować w ten sposób:

Uczestnicy chodzą do niej w systemie zaocznym, znaczy się raz na jakiś czas. Dajmy na to 2 tygodnie. Przypomina więc to bardziej studiowanie, aniżeli słodziutką, rozwydrzoną szkołę. Nie chodzą tam jednak wbrew stereotypowej opinii same “dziadki”. Są tam również np. “nastki”, które miały dzieciaka, albo chłopaczki, dla których “jest jedna rzecz dla której warto żyć”, ale wierzcie mi, nie jest to nauka.

Najlepsze i najciekawsze jest to, że szkoły takie kształcą bezrobotnych! Co? No oczywiście. Przecież osoba idąca do takiej szkoły pracy raczej nie ma. Tak jest. To prawda, ale na 50 % pracy też mieć nie będzie!

Zdaniem NIK oferta szkół zawodowych dla dorosłych jest w ogóle niedostosowana do rynku pracy. No jasne. Leci się standardowym “planem”. Wytwarza się tych kolejnych “kucharzy małej gastronomii”, czy też “organizatorów usług hotelarskich”. I potem jak mawiał słynny (nie)wieszcz: “robić nie ma komu”. Aż 35 % osób uczy się po g…., bo kształci ich się w kierunku, w którym nadwyżka bezrobotnych jest kolosalna! Czyż to nie absurd?

Swoją drogą jestem ciekawy co czuje taka osoba, która wraca do, dajmy na to, takiego liceum dla dorosłych. Czy czują straszną, jak to mówi młodzież: “siarę”? A może po prostu wiedzą, że to ich “druga młodość”? Myślę jednak, że tego typu Pan, czy Pani myśli o takiej szkole w kategorii szansy. Mam nadzieję, że ową szansą taka szkoła będzie. Nie tylko złudzeniem i wątłą nadzieją.

Szkoła – definicja

Najlepsza definicja szkoły jaką znalazłem w Internecie. Zobaczcie co nonsensopedia mówi o szkole.

nonsens

Szkoła (Specjalistyczny Zakład Karno-Opiekuńczy Łączący Analfabetów), ang. school (Społeczne CHoro-Ordynarne Ośrodki Lagrowskie) – zbrodnicza organizacja zajmująca się niszczeniem ludzkiej pomysłowości, kreatywności, wyobraźni i wolnego czasu. Szkołę na ziemiach zachodnich często nazywa się Konzentrazionlager, a na wschodnich Łagier. W łacinie skrót „sql” oznacza „miejsce kaźni umysłu człowieczego”. Szkoła ma na celu ogłupić ludzi, wypaczyć ich psychikę, zrobić wodę z mózgu, zmarnować młode lata życia i zrobić z młodych ziomków i lasek kujonów, aby robili na państwo.

Wygląd szkoły

Z reguły rozwalające się poniemieckie rudery, wiele jeszcze z kratami w oknach i podziemną siecią laboratoriów do testowania broni jądrowej. Zwykle w kolorze szarym. Wyjątkiem są odmalowane podstawówki, pełne wewnątrz galerii sztuki drugich klas; oraz budynki najdalej dwa lata po renowacji. Ponadto większość posiada boisko wielofunkcyjne albo ciemną salę gimnastyczną.

[...]

I parę złotych myśli o szkole:

Ucz się, ucz – nauka to potęgi klucz!
Jak będziesz miał wiele kluczy – zostaniesz woźnym!

Józef Tkaczuk o nauce w szkole

Mam szóstki od góry do dołu!

Przeciętne niemieckie dziecko o szkole

Oceny nie są odzwierciedleniem umiejętności ucznia, a jedynie głupoty nauczyciela.

Postulat teorii względności oceniania Alberta Einsteina

Ja óczym i wyhowójem!

Szkoła o sobie

Bes sęsu...

Jasiu Śmietana o szkole

Uczica Uczica!

Włodzimierz Ilicz Lenin o szkole

Kocham szkołę, a co kocham to pierdolę!

Przeciętny polski uczeń o szkole

Szkoła to chujnia! Jebać szkołę!

Uczniowie o szkole

Szkoła to przyjemność, a ja nie mam czasu na przyjemności.

Zapracowani o szkole

Szkoła jest jak kibel, chodzę bo muszę, wracam z ulgą.

Uczeń o szkole

– Uczyłeś się, Jasiu?
– Uczyłem. Ale nie nauczyłem!

Ludowo-szkolne powiedzenie

Szkoła jest jak papier toaletowy. Długa, szara i do dupy!

Powiedzonko uczniów

Może to i sarkastyczny żart, ale jak wiele w nim prawdy, czyż nie?

Ty idiot(k)o, czemu się nie rozwijasz?

Przeglądając różnego rodzaju portale społecznościowe i fotoblogi, czyli ulubione miejsca nastolatków można stwierdzić coś, o czym już pisałem w temacie adresowanym do nauczycieli. Afiszowanie się z tym, że nie lubi się szkoły, że “olewa” się jakiś przedmiot, że mam jutro klasówkę, a wcale się nie uczę jest bardzo “trendy”.

Rozmowa na korytarzu.

Uczyłeś się do sprawdzianu?

Nie, no coś ty!

Dzień wcześniej ta sama osoba sumiennie, przez 2 godziny uczyła się. Ależ to powód do wstydu! To jest straszne! Uczyć się?! PFU!

Mentalność i równanie nauka = nuda prowadzi do tego, że dzieciaki i nastolatki nie chcą się uczyć w ogóle. Niczego. No może tylko tego, co jest łatwe, proste i przyjemne. Ewentualnie związane z moimi zainteresowaniami. Gorzej, jak te zainteresowania są całkowicie niepraktyczne…

Mnie też nie podoba się to, że w szkole trzeba uczyć się wielu niepotrzebnych rzeczy, ale wiem, że moje podejście do nauki, zdobywania wiedzy i rozwoju osobistego jest bardzo ważne.

To nieprawda, że człowiek zanim wejdzie w fazę dorosłości musi się wyszaleć. Jakie musi? W ten sposób w bezsensowny sposób straci całą masę czasu, kiedy mógł nauczyć się czegoś, co w przyszłości pomoże mu w odniesieniu sukcesów. Pod pojęciem wyszaleć w moim rozumieniu kryje się cała masa bezsensownych imprez, ciągłych zabaw i beztroski. Oczywiście i na to powinno się znaleźć czas (żeby przez przypadek nie stać się kimś mało komunikatywnym, co też jest w przyszłości potrzebne), ale ludzie! Przestańcie mówić, że nastolatka musi się wyszaleć! To ogłupia!

Część osób oczywiście wyrasta z takiego poczucia. I bardzo dobrze. Z tym, że wcześniej “jak był tak głupi” stracił mnóstwo czasu! A powiedzenie: “czas to pieniądz” nabiera dosłownego znaczenia w kontekście naszych umiejętności, wiedzy, doświadczenia.

I może trochę zboczyłem z tematu, ale oprócz zniechęcającej szkoły problemem są tutaj jej uczniowie. Gdzie są rodzice? – zapyta Pani. A no, rodzice też musieli się wyszaleć w ich wieku przecież. No i nie widzą w tym nic złego.

Nauczyciel prawie idealny!

Czy istnieje nauczyciel idealny?

Nie. To oczywiste. Tak samo jak nie istnieje uczeń idealny.

Czy istnieje nauczyciel prawie idealny?

Tak. Oczywiście, że tak. Istnieje. W mojej szkole.

Kto to jest?

Od razu wszystkich rozczaruję. Nie podam tożsamości tej osoby. Czemu? Można to chyba wydedukować.

Powiem krótko.

nauczyciel idealny

  • Jest to nauczyciel, który dorobił się dużych pieniędzy. A więc nie tylko teoretyk, a raczej przede wszystkim praktyk. Tak jest. Szkoła często jest niepraktyczna. Obecność osoby praktycznej jest więc jak najbardziej na miejscu. Potrafi przekazywać wiedzę, ma co przekazywać. Przekazuje raczej wiedzę praktyczną.
  • Jest to nauczyciel, który angażuje się w wiele akcji dla dobra społeczeństwa międzynarodowego, jak i lokalnego. Aktywny działacz, zaraża dobrą postawą swoich podopiecznych.
  • Jest to nauczyciel, który ma olbrzymią wiedzę. Z wielu, wielu dziedzin.
  • Jest to nauczyciel, który nauczycielem nie został dla pieniędzy (dla niego marnych), ale dla samorealizacji. Potrzeby spełnienia. Edukowania młodzieży. Człowiek z misją, człowiek, który staje na wysokości zadania.
  • Jest to nauczyciel, który ma wiele zalet. Jest zaradny – potrafi załatwić nagrody/sponsoring/wyjść z inicjatywą, bo działa. Nie siedzi na tyłku. Pokazuje, że to właśnie aktywność i działanie są kluczowe, jeżeli chcemy coś osiągnąć.
  • Jest to nauczyciel, który docenia u uczniów takie cechy jak umiejętność prezencji, przekazywania informacji, kreatywne myślenie, błyskotliwość. Nie za bardzo przepada za wkuwanymi regułkami. U niego raczej nie można takowych znaleźć.
  • Jest to nauczyciel, który niekoniecznie przygotuje cię do napisania matury na 100 %, ale na 100 % potrafi przygotować cię w jakimś stopniu do życia.

Życzę Wam takich nauczycieli. I powtarzam. Ten tekst to nie ironia, ani żadna ściema. Taki człowiek, żyje, istnieje. I tylko dlatego, że ma też wady nie jest nauczycielem idealnym, lecz prawie idealnym.

Wychowanie fizyczne, czyli pięć powodów dla których śmierdzisz

Uczniowie śmierdzą

Nie ma w tym nic złego, że się troszkę śmierdzi na WF. Śmierdzieć ludzka rzecz. Ja miałem olbrzymi przywilej i przyjemność być w klasach, które zawsze pachniały. To znaczy może nie pachniały, ale przynajmniej dbały o to by nie śmierdzieć. Niektórzy jednak nie dbają o higienę i tego typu rzeczy należy piętnować i odpowiednio perswadować osobnikom odpowiedzialnym za niemiłe dla użytkowników sali zapachy.

A tu wynalazłem salę gimnastyczną “jak z obrazka”. Nie ma ona nic wspólnego z typową polską szkołą. Z resztą widać, że to jakieś USA, czy inny cywilizowany potwór.

Sale są brudne

Syf straszny. Nie wszędzie, ale w większości. Strasznie dużo kurzu. Kurz jest wszędzie. Po wyjściu z sali czuć kurz we wszystkich jamach ciała, tzw. “wrotach zakażeń”. Brudne buty, nieprzystosowana sala. Różne są opcje i każda jest po części prawdziwa.

WF na pierwszych lekcjach

A to, to już jest ewidentny błąd osób układających plan. Nie będę głośno mówił o kogo tu chodzi, bo doskonale każdy wie. I nie ma wykręcania się, że nie da się. Tak samo jest z “kwiatkami” typu w środku tygodnia 4-5 lekcji, a w piątek 8. Nie wierzę, że nie da się ułożyć planu optymalnie. Trzeba po prostu chcieć. I wiem, że może to wynikać z tego, że np. wuefista przyjeżdża do danej szkoły na np. 2 dni. Wtedy jednak musimy wybrać: albo zależy nam na uczniach, albo na tym, by w kasie się zgadzało. Idiotyczne jest przecież, że szkoły oszczędzają na… uczniach. Prawda?

Prysznice nie zawsze są dostępne

Nie wszędzie, nie zawsze, ale zwykle tak jest. Nie ma możliwości z nich skorzystania co w połączeniu z punktem powyżej daje śmiertelne “combo”.

Wszystko jest niesprawne

Tak wiem. Nie jest to argument odpowiedni do tego tematu, ciężko go powiązać. No chyba, że pasuje wam powiązanie, że uczniowie na widok sprzętu już pocą się ze strachu. Warto o tym wspomnieć po to, by “dobić leżącego”. Brak niektórych szczebelków w drabinkach, na których ćwiczy się wymyk. A więc uczniowie, którzy akurat  mają optymalną wysokość na wymyk na tej wysokości mają pecha. Po prostu. Piłek do siatkówki jest sporo, w tym jedna dobra do gry. Do kosza już więcej. Potem tą prowizoryczne kije do hokeja, bardzo prowizoryczna piłka w komplecie. Potem stary kozioł i to coś do wymyku co wypadło mi z głowy. Aha i jeszcze do palanta jest… drewniany kij.

Patrząc na potencjalny scenariusz lekcji, czy ktoś jeszcze się dziwi, że niektórzy niechętnie chodzą na wychowanie fizyczne?

Scenariusze lekcji

Scenariusz lekcji

W tym wpisie postaram się udowodnić, że lekcje naprawdę są rewelacyjne, nieszablonowe. Nauczyciele doskonale urozmaicają nam poszczególne lekcje. Hmm, uważasz że nie? Niemożliwe. Po prostu nie zauważasz pewnych rzeczy. Spójrz na tą sprawę z innej perspektywy, z perspektywy nauczyciela. I przestań narzekać. Lekcje naprawdę są ciekawe! Nie wierzysz? Udowodnię to.

    nuda

Wstęp

  • Dzień dobry

Zwykle nauczyciele mówią “dzień dobry”. No bo co innego mają powiedzieć? Można jednak tutaj doszukiwać się już pierwszych urozmaiceń. Otóż u niektórych nauczycieli przy mówieniu tych dwóch magicznych słów należy wstać. U innych można siedzieć. Myślę, że to celowa taktyka nauczycieli, którzy uzgadniają to na początku roku szkolnego, by w maksymalnym stopniu zróżnicować ten element, by uczniowie nie popadali w monotonię.

  • Sprawdzanie obecności

Ten element, co oczywiste, jest doskonale urozmaicany. Niektórzy mówią po imieniu, inni po nazwisku. Jeszcze inni czytają i to i to. Najbardziej pozytywnie zakręceni są jednak ci, co mówią: “nie ma numeru tego, tego i tego, prawda?”, albo “Czy ktoś doszedł?”. Za pewne robią to dlatego, gdyż wiedzą, że uczniowie już niecierpliwią się, by rozpocząć pasjonujący czas lekcji.

  • Do odpowiedzi…

Część nauczycieli “pyta”. Część nie. I tu jednak można dostrzec ich kunszt, bo np. niektórzy pytają uczniów, kiedy ci siedzą w ławce. Inni proszą ucznia do siebie. Za to forma w jakiej to robią to już poezja!

  1. “Do odpowiedzi numer…”
  2. “Do odpowiedzi… (tu nazwisko/imię nazwisko)”
  3. “Do tablicy…”
  4. “Poproszę do siebie”
  5. “Zapraszam do tablicy”
  6. “Zapraszam do siebie”

i wiele, wiele innych… Naprawdę, ta elokwencja, różnorodność zwrotów połączona z erudycją nauczycieli to coś niebywałego, nie do wyrażenia!

  • Czas lekcji – nauki dokładniej rzecz ujmując

Kurcze, no. Tu mam mały problem. No bo…  Tematy są zawsze, ale to zawsze różne! Nie pamiętam, żeby temat się jakiś powtórzył! U niektórych nauczycieli czasem piszę się go na tablicy, czasem nie. No różnie to bywa. A jeśli chodzi o lekcje… Hmm… O ile nie ma pracy w grupach, to jest to chyba jedyna, ale naprawdę jedyna rzecz, która no nie za bardzo jest urozmaicana i nieszablonowa. Warto tu jednak zaznaczyć, że wszystkie poprzednie elementy były już przedstawiane na tyle kreatywnie i przebojowo, że na taki element jak nauka można przymrużyć oko. To nic, że rzadko korzysta się z ciekawych przyrządów. To nic, że na lekcjach matematyki nie ma czasu na matematykę. Nieistotne jest umiejętne przekazywanie wiedzy na różne, niekonwencjonalne sposoby. Naprawdę! :)

A i zapomniałbym. Dzwonek za to o różnych porach dzwoni. Tzn. codziennie tak samo, ale jego dźwięk… Eh…

Wychowanie fizyczne – WF

Niedawno (przed żałobą narodową) trafiłem na program w TVN: “Dzień Dobry TVN”. W programie tym dziennikarze przybliżają telewidzom różne tematy. Oczywiście, z racji, że targetem tego programu zwykle są niepracujący rodzice, a więc często poruszany jest temat dzieci – ich wychowania, kontrolowania itp. Poruszono temat tego czy może warto by było oddzielić na niektórych lekcjach przedstawicieli obu płci.

  • Matematyka – oddzielnie dziewczyny i chłopcy?

Pomysł ciekawy. Podobno rozdzielenie dziewczyn i chłopców na lekcjach matematyki sprzyjało by przedstawicielkom płci pięknej, które czują za dużą presję, myślą w inny sposób. W pewnym momencie dyskusji Pani dziennikarka stwierdziła fakt, że rozdzielanie chłopców i dziewczyn na lekcjach już ma miejsce. Oczywiście, chodziło tu o WF. I to już od czasów, kiedy ta Pani chodziła do szkoły… No właśnie?

  • Pomysły, wielkie plany, a realia

W mojej szkole i w wielu innych dziewczyny ćwiczą razem z chłopcami. Wygląda to w ten sposób, że chłopcy nie mają praktycznie miejsca żeby poćwiczyć sporty na bardziej zaawansowanym poziomie oraz co rusz muszą uważać, żeby nie “ustrzelić” piłką np. w czasie siatkówki jakiejś dziewczyny. Co więcej, obiektywnie ok. 1/4 czasu każdy musi swoje na ławie wysiedzieć. A to dlatego, że trenują ze sobą nie tylko chłopcy i dziewczyny z jednej klasy, ale również chłopcy z drugiej (mojej) klasy. Efekt jest taki, że gdyby nie marna frekwencja dziewczyn to sala byłaby tak zapchana, że można by było sobie zagrać w co najwyżej picipolo na małe bramki.

  • Z jakiego powodu?

Pieniądze. Prosta sprawa. Oszczędnie wepchniemy teoretycznie 30 osób na raz. Tylko co z tymi ludźmi, którzy muszą się męczyć na każdym wychowaniu fizycznym?

  • Status Quo

Uczniowie na lekcjach WF w zagęszczeniu 3 osoby na metr kwadratowy. Dyrekcja jest zadowolona. W telewizji myślą, że klasy niekoedukacyjne na lekcjach WF to normalka, mają ambitne plany wprowadzania zmian na lekcjach matematyki. Status Quo utrzymuje się i raczej nieprędko się zmieni.

I tylko czekać aż stanie się jakiś poważny incydent na WF spowodowany tą chorą sytuacją. Wtedy będzie płacz i zgrzytanie zębów. Winnymi jednak nie będą uczniowie, ani tym bardziej nauczyciel WF, tylko… (?)

Kangur Matematyczny, czyli jak zabić najlepszy konkurs…

Ta notka będzie bardziej osobista i niejednokrotnie nacechowana emocjami, bo to, o czym piszę przydarzyło się m.in. mojej skromnej osobie.

Kangur Matematyczny to jeden z niewielu konkursów, który był i z tego co wiem nadal jest regularnie organizowany w szkołach do których uczęszczałem. Nie inaczej jest w aktualnej mojej szkole.

Kangur Matematyczny - prawda, że śliczny? ;)

Kangur Matematyczny - prawda, że śliczny? ;)

Dla niewtajemniczonych Kangur Matematyczny to świetny, pochodzący rodem z Francji z konkurs, jak sama nazwa wskazuje – matematyczny, który jest tworem bardzo nieszablonowym. Pytania są naprawdę ciekawe, część na inteligencję, czasem trzeba użyć wiedzy. Odpowiedzi możliwych na każde z pytań jest pięć. Ponadto są one tak dobrane, by często zasugerować uczestnikowi złą odpowiedź, co podnosi poziom trudności konkursu. Ogólnie rzecz biorąc konkurs podchwytliwy, dosyć trudny, ale naprawdę znakomity.

Byłem bardzo ucieszony, że wreszcie ten konkurs nadszedł i to nie ze względu na to, że liczyłem na jakieś nagrody. To było dla mnie znakomite sprawdzenie: moich umiejętności i mojej sprawności matematycznej.

Szkoła, a właściwie rodzice stanęli na wysokości zadania, bo konkurs zwykle kosztuje 7 złotych, ale uczestnicy płacić nie musieli – koszty konkursu pokryła Rada Rodziców.

Konkurs rozpoczął się planowo. Tradycyjnie nie poinformowano nas, że są ujemne punkty. Co więcej, w poprzednich latach dyrekcja wmawiała uczniom, że ich nie ma. Wszystkich zainteresowanych jednak odsyłam do regulaminu:

za każdą błędną odpowiedź traci się 25 % punktów przewidzianych dla danego zadania

I tu już można by mieć pretensje do dyrekcji, bo zaznajomienie uczestników konkursu z regulaminem, bądź przynajmniej umożliwienie przejrzenia go wydaje się być podstawą. Jednak to jeszcze nic…

Dostaliśmy kartki z upragnionymi zadaniami, w należyty sposób zakodowaliśmy swoje dane oraz dane szkoły. Wreszcie nauczyciel życzy nam powodzenia i zostawia z pracami. Zaraz, zaraz… Czy czegoś nie zapomnieliśmy? A brudnopisy?

Pani prowadząca konkurs, która nie była absolutnie w zaistniałej sytuacji winna (na co dzień uczy angielskiego) poszła do dyrekcji, by wrócić z informacją, że brudnopisów nie będzie…

Brak brudnopisów na konkursie matematycznym. Sytuacja tym bardziej tragiczna, że zakazane było wyjęcie własnych kartek!

Kolega obok, wielokrotny laureat tego konkursu, nie krył oburzenia. Na poprzednich edycjach szczelnie zapełniał notatkami, malunkami, rysunkami i innymi, pomocnymi esami i floresami kartkę, co znacznie pomagało mu w pracy. Teraz mieliśmy do dyspozycji niezapisane skrawki na kartce z konkursem.

Jeszcze kilka dni wcześniej Szanowna Dyrekcja miała pretensje, że przynieśliśmy pewną rzecz z opóźnieniem kilkugodzinnym.

W tej sytuacji warto więc wspomnieć biblijny cytat:

A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz?

Dla mnie brak brudnopisów na konkursie matematycznym to skandal. Zaraz ktoś ze starszego pokolenia powie mi, że jestem z tego pokolenia, które jest rozpieszczone. Może i tak. Zgodziłbym się więc na konkurs Kangur Matematyczny v. hardcore – w którym uczestnicy rozwiązywali by zadania bez brudnopisów. Powiem więcej, bez długopisów, a nawet kartek. Konkurs rozwiązywaliby na komputerach. Tylko czy faryzeuszowska dyrekcja zadbałaby wtedy o komputery?

Przemawiasz, czy rozmawiasz?

Nauczycielu. Przywołaj w pamięci lekcje ze swoją klasą. Już? W porządku.

Afiszowanie się z tym, że nie przepadasz za szkołą jest trendi. Czy to porażka edukacji?

Afiszowanie się z tym, że nie przepadasz za szkołą jest "trendi". Czy to porażka edukacji?

Teraz zastanów się, czy jesteś na swoich lekcjach typowym wykładowcą, który przez większość czasu “wykłada” temat, po to, by uczniowie go “przyjęli”.

Jeżeli nie to gratuluje.

Jeżeli tak, włącz sobie obrady sejmu, odezwę prezydenta, czy coś w ten deseń. Jak szybko poczułaś/poczułeś znużenie? Może chcesz, bym zrobił Tobie szybką kartkówkę z tego, co miała do powiedzenia Głowa państwa?

Dla Twojego dobra – lepiej nie.

Pomyśl, że tak samo na Twoich lekcjach czują się uczniowie. No dobra, może masz lepszą barwę głosu, świetną intonację i gestykulację, ale co udowodnili nie tylko amerykańscy naukowcy, by coś umieć/zrozumieć osoba musi być tym pochłonięta, musi w tym “czymś” uczestniczyć. Tracimy koncentrację po pewnym czasie mimo najszczerszych chęci – jeżeli nie jesteśmy czegoś częścią. Częścią dyskusji, interakcji, rozmowy.

Opowiem w tym miejscu jak traktuje lekcje szablonowy uczeń gimnazjum/liceum, jeżeli jest ona typowym wykładem. Zakładam przy tym, że przychodzi na lekcje z chęcią zapoznania się z tematem.

Zakładamy, że…

nauczyciel to “typowa kosa”. Na początku zawsze pyta.

A więc…

uczeń na lekcję przychodzi zestresowany. Nauczyciel prosi kogoś do odpowiedzi ustnej na początku lekcji*, potem przechodzi do lekcji. Uczeń cieszy się, że udało mu się tu “przeżyć”. No i przychodzi lekcja. Nauczyciel strzela wykład, który trzeba sumiennie wpisać do zeszytu. “Genialnym i niezwykle inteligentnym” zagraniem nauczyciela po niezrozumiałym wykładzie i przedstawieniu pewnych rzeczy niejasno, jest zadanie na koniec pytania w stylu: “Czy ktoś ma jakieś pytania?”.

Nikt nie pyta, bo nikt nic nie zrozumiał, więc karkołomną rzeczą byłoby powiedzenie: “Przepraszam, ale o co tu chodzi?”, więc uczniowie milczą. Nauczyciel zadowolony, bo skoro nie ma pytań, to wszystko zrozumiałe.

Jeszcze bardziej inteligentnym pytaniem jest zapytanie w stylu: “Czy ktoś z Was tego nie rozumie?”. Szczególnie słabsi uczniowie myślą w tym momencie, że wszyscy dookoła to rozumieją, tylko nie oni. Nie chcą zadać pytania, bo wyjdą na idiotów. Jeżeli ci bystrzejsi nie zapytają klasa przegrywa.

Co w sytuacji, jeżeli nauczyciel wejdzie w interakcję z uczniami?

Wtedy na bieżąco będzie kontrolował, czy przynajmniej część klasy to rozumie. Co więcej, będzie ich zmuszał do myślenia, bo niektórych trzeba do tego po prostu zmotywować. Zmuszanie do myślenia to najlepsze zmuszanie jakie istnieje, z tym, że musi być robione umiejętnie. I na pewno nie może bazować na strachu.

A więc lekcja pierwsza dla nauczycieli oficjalnie zakończyła się. Nauczycielu, czy dostrzegasz punkt widzenia ucznia?

*Zdarzają się rodzynki co pytają w środku lekcji. To dopiero inteligentne zagranie, które doprowadza do tego, że uczniowie są sparaliżowani w pełnym wymiarze czasowym na kolejnych lekcjach, bo a nuż zaraz psor sobie wymyśli, że kogoś zapyta.